RECENZJE:
Recenzja albumu
"BOOK OF SKY" [2006]
pochodząca z
portalu MOOZA.PL
Michał Bukowski, muzyczny
samouk, z wykształcenia filmoznawca, studia podyplomowe z dziennikarstwa,
grający jak to określa berliński trance, urodził się w 1975 roku w Krakowie.
Muzyka elektroniczna oczarowała go jako nastolatka. Ten czas kiedy był jeszcze w
podstawówce określa instynktownym a nie świadomym zainteresowaniem tą muzyką
gdy ta pojawiała się m.in. jako tło muzyczne w TV i była jeszcze dla niego
nieokreślonym, najbardziej pociągającym gatunkiem. Bookovsky wspomina:
„pierwszą zakupioną przeze mnie kasetą był album Jarre'a "Zoolook".
Do dziś uważam tę płytę za genialną... Potem się posypało. Tangerine Dream,
Kraftwerk, Biliński Vangelis ( stawia tego ostatniego na piedestale uznając
płytę Heaven And Hell za najlepszą pozycję el muzyki- przyp. aut.). Oprócz
tego, tacy wykonawcy jak Koto czy Laser Dance. Do dzisiaj lubię tego posłuchać.
To chyba dlatego, że cenię każda odmianę muzyki elektronicznej. Czego niektórzy
nie potrafią zrozumieć. Obok tych wykonawców zawsze z kolegami nagrywaliśmy na
kasety muzykę z gier i demo z komputerów 8-bitowych i z Amigi i słuchaliśmy
tego wszystkiego z zapartym tchem. W ciągu kolejnych lat przybywały wciąż nowe
nurty elektroniki, jakimi się interesowałem, od klasyki do całkiem ciężkich
klimatów". Co ciekawe zainteresowania swe pogłębiał jak twierdzi dzięki...
piractwu radiowemu, które w Krakowie było mocno rozwinięte i prezentowało tzw.
gatunki niszowe z el muzyką na czele.
Co do robienia własnej
muzyki Bookovsky wspomina: „W podstawówce, wobec braku jakiegokolwiek
instrumentu, robiłem jakieś dziwaczne eksperymenty z miksowaniem paru ścieżek
własnego głosu na kilku magnetofonach. Potem, gdzieś na początku liceum kupiłem
swego ukochanego po dziś dzień Spectruma 48K (konkretnie był to Timex), właśnie
po to, by robić na nim muzykę". Pierwsze próby muzyczne to lata 1990-1993,
małe samplery Casio SK- 5, CA 110 i miksy na zwykłym magnetofonie. Późniejsze
nagrania (na sprzęcie Yamahy, o całe klasy wyższym, lecz wciąż dalekim od
ideału), Bookovsky wspomina tak: „Gdzieś tam z braku kanałów w ogóle werbel
pocięło, bo sprzęt nie wyrobił, gdzieś tam jakieś cuda na kiju musiałem
odprawiać, żeby jakieś dziwaczne pady programować, hihi, no jednym słowem -
było ciężko w tych czasach. I z kwantyzacją były problemy (sprzęt miał dwa
sekwensery, z których tylko jeden się kwantyzował, więc na nim szły sekwencje,
a wszystkie prowadzące i jakieś tam stringi musiały iść z ręki..."
Do roku 2007 wydał cztery
solowe albumy: w 1996 po dwóch latach oczekiwań firma Digiton wydała kasetę MC
- "Układ słoneczny - Naszyjnik Boga". Autor dzisiaj nie ceni jej za
bardzo... A powstawała w ekstremalnych warunkach. Michał nie miał wtedy
własnego syntezatora, więc chodził do swej ówczesnej sympatii. Ta grała trochę
na pianinie stąd ojciec kupił jej Yamahę. Instrument ten delikatnie mówiąc
zbierał u niej jedynie kurz a Bookovsky wykorzystał go w pełni i skomponował na
nim cały materiał. (Kolejny album nagrywał już przy użyciu ATARI 1040 ST i
własnej Yamahy - marce tej stara się być wierny do dziś). W maju 1997 roku, w
czasopiśmie "Estrada i Studio" ukazały się na płycie dołączonej do
wydawnictwa trzy kawałki Bookovsky'ego oraz obszerny artykuł poświęcony jego
osobie. Traktował głównie o drugim materiale, jaki nagrał a wydanym później na
CD pod tytułem: "Sen paranoika" ( Znowu długie wędrówki po
wytwórniach owocowały obietnicami wydania materiału ale finalnie nic z tego nie
wychodziło stąd artysta wypuszcza go własnym sumptem dopiero w 2000 roku ). W
międzyczasie w 1998 roku skomponował
muzykę do baletu "Wg. Pasji" dla Eksperymentalnego Studia Tańca Iwony
Olszowskiej, wystawianego przez parę miesięcy 1998 roku w całej Polsce. To
właśnie w ich spektaklu choreograficznym można usłyszeć między innymi
niepublikowany utwór "Heartbeat". W 1998 roku debiutuje też na scenie
w pierwszym dniu ZEF'u w Piszu grając m.in. premierowy materiał, który później
znalazł się na płycie „ANALOGy" wywołując żywą reakcję wśród publiki i co
zmotywowało go do dalszej twórczej pracy. Jego muzyka kilka razy pojawia się w
różnych radiostacjach, miedzy innymi w PR III u Jerzego Kordowicza (już od
pierwszej pozycji), w Radio Alex z Zakopanego, w Radio Plus, Jazz-Radio i
innych, także internetowych. Tradycyjnie materiał na nowy krążek musiał czekać
kilka lat na wydanie aż wreszcie w grudniu 2001 udostępniła go wytwórnia
R&R Records działająca obecnie w Wlk. Brytanii prowadzona przez Polaka,
Macieja Repetowskiego. Płyta ta zaistniała w świadomości fanów elektroniki na
całym świecie - jest jedną z lepiej sprzedawanych płyt z polską el muzyką. 15
Sierpnia 2002 gra kolejny duży koncert, tym razem na festiwalu elektroniki
Ambient w Gorlicach prezentując już wtedy materiał który ukazał się później na
„Book Of Sky". (Pierwszy utwór powstał już w 1997 roku ostatnie wstawki
zaś na miesiąc przed wydaniem). Potem przez parę lat zajmował się publikowaniem
bardzo różnej muzyki pod wieloma pseudonimami w różnych projektach głównie on
line (techno, micromusic, black-metal, folk, industrial, space-synth, muzyka
symfoniczna) wciąż jednak szlifując materiał na album wspomniany powyżej. Najważniejszym odpryskiem od jego solowych
działań jet wydanie w roku 2003 w firmie AXIS (dawna R&R a obecnie Alpha
Centauri -specjalizuje się w space synth m.in. tu wydaje Krzysztof Radomski,
Vocoderion, Spaceraider) płyty „Humanity" pod szyldem Geiger Box (Foltman
i Bookovsky), która zelektryzowała fanów stylu Kraftwerk a gdzie mamy też
domieszkę EBM/darkwave a Bookovsky raczy nas swym śpiewem (kojarzy mi się z
wokalistą Type O'Negative). W plebiscycie polskiego serwisu poświęconemu muzyce
niezależnej - Alternative Pop, Geiger Box stało się „Debiutem roku 2003".(
Tak naprawdę projekt post kraftwerkowski istniał już od 1994 roku a Bookovsky
jest do dziś wielkim admiratorem stylu elektro pop). 31 Lipca 2005 roku daje
kolejny entuzjastycznie przyjęty koncert na zamku olsztyńskim gdzie w ramach
„Olsztyńskiego Lata Artystycznego" mają swe miejsce „Elektroniczne pejzaże
muzyczne". Jako ukoronowanie jego dziesięciolecia na rynku muzycznym 17
listopada 2006 ukazuje się jego czwarty tytuł „Book Of Sky" (jak zwykle
premiera odwleczona ze względu na tłocznię).
Od lat Bukowski jest
zapalonym zbieraczem polskiej elektroniki a jego pasja związana z tą muzyką, zaangażowanie
w jej propagowaniu zaowocowało wydawnictwem non profit do którego de facto
dokłada finansowo. „Old Skool" zadebiutowała w 2005 roku i do tej pory do
rąk fanów dotarły 4 pozycje na MC - El_visa, Neriousa, Kombinusa, Aqmoolatora.
Muzyka to nie wszystko
-Bookovsky robił też filmy animowane, tworzył literaturę SF, interesuje się
starymi komputerami, przede wszystkim 8-bitowymi. Czytuje dużo SF i fantasy, lubi komiksy i filmy, najlepiej w
podobnym klimacie.
A o tym co gra wypowiada
się tak: „Generalnie rzecz biorąc, gram elektronikę i muzykę dark-independent.
Solowo - rzeczy mające swe korzenie w czymś, co jedni nazywają trance'em
berlińskim, inni - klasycznym rockiem elektronicznym lub "szkołą
berlińską". Rzecz to bardzo transowa, oparta na sekwencjach, są tam
również elementy elektroniki symfonicznej. Kultowe dla mnie rodzaje muzyki to
transowa „szkoła berlińska" , techno-pop / electro oraz darkwave".
Part 1. Sztucznie
brzmiący szum wiatru otacza pojedyncze dźwięki szarpania strun, do których przyłącza
się orkiestrowe brzmienie smyków, kotła, wszystko w wolnym tempie, wytwarzające patetyczną, prawie nerwową (dodanie werbla) atmosferę. To intro
przechodzi następnie (od 1.44) w przepiękny, skonstruowany ponownie brzmieniami
orkiestrowymi fragment z prawie niewyczuwalnym wstawieniem typowego dźwięku
syntezatora. Świetne harmonie od prawie monumentalizmu przechodzą do
keyboardowego minimalizmu (3.38) wspartym po chwili basowym brzmieniem i
kolejnymi wstawkami smyczkowymi. Melodię rozwija brzmienie przypominające puzon
i znowu mamy majestatyczną ekstazę spotęgowaną rozedrganym fortepianem. Znów
werble i w kakafonii dźwięków zaskakujące wprowadzenie - typowo symfoniczne czyli do Bookovsky'ego
bardzo niepodobne wybrzmiewa w uszach oszołomionego słuchacza.
Part 2. Od razu wpadamy w
zakręcony, szybki loop który jest tłem dla mocnych głuchych odgłosów i ciekawej
barwy przypominające zniekształcenie dźwięku pod wpływem błędnego zapisu. W
koło nas rozbijają się warkocze galaktyk w efektownych ozdobnikach a melodia
wiruje w kosmicznej spirali. Bookovsky manipuluje znakomicie, w wyszukany
sposób nastrojem wzniosłości,
uczestniczenia w czymś niezwykle wielkim.(Choćby utrącenie głównego podkładu na
rzecz niesamowitej wstawki między 2.49 a 3.21). Te inteligentne przełamanie
melodii powoduje, że kolejne powtórzenia absolutnie nie przeszkadzają a ten
galopujący, zapętlony utwór brzmi znakomicie.
Part 3. Ten fragment
otwierają dramatyczne, samotne dźwięki fortepianu z pogłosem, po chwili
wplatają się ozdobniki - przechodzimy na elektroniczną klawiaturę rytm tężeje w
berlińskim zawijasie. Brzmienia są zdecydowanie oparte na tradycyjnej muzyce
BS. Sekwencje godne najlepszych gatunku. Nic dodać nic ująć.
Part 4. Początek tej
części przypomina mi el transkrypcję jakieś góralskiej melodii ( to było domeną
Kucza...). Ale wpadamy zaraz w podkręcony podkład i zdecydowanie spokojniejszą linię melodyczną, przez którą
przebija się sekwensyjność. I tak mogłoby być do końca ale Michał rasowo
ubarwia kompozycję kolejnymi ciekawymi wstawkami ( mnogość barw, delikatnie
prześwitujący chórek ) a wszystko jest właściwie interludium do grand finale (
5.29- do końca ) gdzie w iluminacyjny sposób ( ale jakby nie zgrany z całością
) otacza nas wibrującymi dźwiękami.
Part 5. Otwarcie dość
nietypowe, z hiszpańska brzmiącą gitarą klasyczną ale po chwili wiemy już gdzie
jesteśmy. Ciekawa sekwencja i niebanalny nastrój wywołany interesującymi
barwami przypominającymi mi m.in. odgłosy z horrorów. Bookovsky w perfekcyjny
sposób znanymi i można by rzec wyświechtanymi środkami typowymi dla BS buduje
znakomicie zaaranżowaną kompozycję z wpadającą w ucho melodyką co świadczy, że
nie jest li tylko rzemieślnikiem znającym odtwórczy warsztat ale artystą z dużą
wyobraźnią muzyczną. Jeśli część pierwsza i druga zawiera „tylko" duże
fragmenty, które powodują u mnie gęsią skórkę tak z czystym sumieniem mogę
powiedzieć, że to zdecydowanie najciekawszy utwór tej płyty.
Part 6. Zadumane,
wybrzmiewające w echo uderzenia klawiszy fortepianu giną w końcu
stereofonicznej kakafonii zdynamizowanej muzyki. Kolejny pełen wigoru
„berliński" kawałek z mocno zaakcentowaną sekcją rytmiczną i ciekawą,
niekonwencjonalną jak na ten typ muzyki partią gitary elektrycznej. Oczywiście
Bookovsky nie zapomina o efektownych wstawkach ozdobników, sampli. Ciekawie
artysta wyakcentowuje poszczególne fragmenty utworu układające się jakby w mini
suity głównie zmianami tempa w obrębie wciąż tego samego rytmu.
Part 7. Basowe sekwencje
jak z najlepszych płyt Tangerine Dream wprowadzają nas w część siódmą operującą
głównie nakładającymi się na siebie zapętleniami. Kolejny świetny utwór
brzmiący jak klasyk gatunku.
Part 8. Zamknięcie jest
nawiązaniem do początku płyty czyli werble, nadające ton temu symfonicznemu
utworowi, który z klimatu major przechodzi w subtelne, zwiewne dźwięki
nostalgii by woltą zakończyć w owym podniosłym nastroju początku.
Za okładkę odpowiedzialny
jest Paweł Skrzypczak i szczerze mam do niej zastrzeżenia. Szczątkowy booklet
jest ciekawy, choćby zdjęcie Michała otoczone zwiewnymi, utkanymi z mgły
skrzydłami chyba aniołów (?). Ale drażni mnie redendronowane inside i front
sleeve. Owe komputerowo wytworzone nagie panny wzlatujące w niebo na kocie
bardziej mi pasują do słodkawego New Age niż to tej soczystej, pełnej ekspresji
muzyki.
Zaskoczyły mnie gorzkie
słowa, które Michał do mnie napisał: „Obawiam się, że to ostatnia moja płyta.
Przez ostatnie lata wiele się zmieniło. Póki było mało słuchaczy - jak kiedyś -
to wciąż jednak był sens robić elektronikę dla osób zainteresowanych.
Ale teraz to już nie
tylko mała ilość słuchaczy; niestety ludzie uwierzyli w to, ze elektronika to
wieśniacka muzyka dla ciołków, uwierzyli również, że robiona przez głupich
gówniarzy tzw. (haha) "nowa" elektronika, czyli wybitnie sztampowe i
nie różniące się od siebie prymitywne struktury są dobre, fajne i są
przyszłością, bo... są "nowe" (nawet to "nowe" jest już OD
LAT nieaktualne).
Słowacki wielkim poeta
był. Dlaczego? Bo był wielkim poetą. Żałość, żałość i degeneracja, ale że fani
elektroniki w to uwierzyli, to już jest poza moimi zdolnościami pojmowania.
Kiedyś na nas
naskakiwano, ale byliśmy dumni i wiedzieliśmy, że nasza muzyka jest najlepsza.
A dzisiaj? Szkoda gadać..." Mocne i smutne. Może dlatego w podziękowaniach
pojawia się tyle postaci znanych z „moo" (np. Bart, Ania, Lord Rayden) czy
z forum studio-nagrań.pl (np. Fantomasz, Yeske, Rubycon) jak i podziękowania dla
muzyków: od 3N po Zibbona. Może to swoiste pożegnanie?...
Ale ja mam nadzieję, że
Michał jednak zatęskni, usiądzie ponownie za instrumentami i nagra kolejny
świetny materiał na płytę.
Bookovsky napisał kiedyś
przy okazji mojej recenzji Vangelisa: „Piekło i Niebo. Najlepsza płyta muzyki
elektronicznej - jak dla mnie. Przykro mi, jeśli kogoś uraziłem". A ja
stwierdzam: Księga Nieba - najlepsza
polska płyta Berliner Schule - jak dla mnie. Przykro mi, jeśli kogoś uraziłem. (8.65/10)
1. Book Of Sky Part 1 - 8.34
2. Book Of Sky Part 2 - 6.33
3. Book Of Sky Part 3 - 8.46
4. Book Of Sky Part 4 - 6.39
5. Book Of Sky Part 5 - 6.53
6. Book Of Sky Part 6 - 7.57
7. Book Of Sky Part 7 - 5.28
8. Book Of Sky Part 8 - 2.42
© by Spawngamer
Recenzja albumu
"BOOK OF SKY" [2006]
pochodząca z
portalu MIDIMANIA
Bookovsky'ego, tudzież
jego twórczość znam od dawna, bowiem od (bodajże) 1998 roku. Wówczas, w czasie
tworzenia przeze mnie "pierwszej MIDIManii", skontaktował się ze mną
pewien twórca el - muzyki i entuzjasta popularyzacji tego niewdzięcznego w
upowszechnianiu gatunku - czyli właśnie Bookovsky. Współpraca przy tworzeniu
MIDIManii układała się nad wyraz dobrze, a sam Bookovsky znacznie przyczynił
się do sporej popularności owej "pierwszej MIDIManii". Serwis
muzyczny MIDIMania w swojej pierwszej wersji niestety nie przetrwał zbyt długo,
lecz jest to temat na oddzielny artykuł.
W międzyczasie Bookovsky
wydał trzy albumy z muzyką elektroniczną. W grudniu tego roku ukazał się
natomiast czwarty album, będący niejako ukoronowaniem 10-ciu lat działalności tego nieprzeciętnego
i oryginalnego muzyka. Ten właśnie album mam przyjemność dzisiaj recenzować.
Sama płyta jest wydana w
pełni profesjonalnie - nie jest to domowe wydawnictwo via drukarka atramentowa
i nagrywarka CDR. Płyta jest tłoczona, zawiera też dwustronicową wkładkę i
oczywiście jak na profesjonalnie wydawnictwo przystało - jest zafoliowana.
Natomiast grafika autorstwa Pawła Skrzypczaka z pewnością nadaje okładce wiele
uroku. Przejdźmy jednak do zasadniczej sprawy - czyli muzyki zawartej na
"Book of Sky".
Na płycie zawartych
zostało 8 utworów, których łączny czas trwania wynosi blisko 54 minuty.
Poszczególne tracki nie posiadają swoich autonomicznych tytułów, zostały
opisane jako Book of Sky part 1 - 8. To sugerować może, że płyta ma
koncepcyjnie stanowić pewną całość, chociaż autor opisuję nam swój album jako
podróż po różnych gatunkach muzycznych - od quasi symfoniki do klimatów
Tangerine Dream z lat siedemdziesiątych.
Part 1 zaczyna się
spokojnie i nieco nostalgicznie, delikatnemu poszumowi towarzyszą smyczki
grające pizzicato, po czym wchodzi sekcja smyczków grających legato, które
budują nastrojowy, symfoniczny podkład. Można tu się doszukać odrobiny Detlef'a
Keller'a, momentami (ze względu na użyte barwy) także Tangerine Dream z albumów
przełomu lat 70/80. Utwór jest dynamiczny, zawiera sporo
"przeszkadzajek", jednak użytych umiejętnie - w porównaniu z
wcześniejszymi albumami widać postęp w warsztacie Bookovsky'ego. Jeśli mogę się
do czegoś przyczepić to do smyczków, które posiadają słyszalne punkty
zapętlenia próbek. Także akcent trójkąta, który podkreślać ma poszczególne
frazy jest chyba ciut zbyt natarczywy i nieco burzy atmosferę. Następnie mamy
sekwencję fortepianu, który przebija się przez jakby miks wszystkich użytych we
wcześniejszej części utworu kontrapunktów. Później mamy niejako "powrót do
źródeł" i utwór kończy się spokojnym wybrzmiewaniem smyczków.
Part nr 2 to już zupełnie
inny styl; już od pierwszych taktów słyszymy tutaj J.M. Jarre'a.
Charakterystyczne pulsowanie basu i hi-hat'u przywodzi jako żywo
najsławniejszego z mistrzów el - muzyki. Słuchając dłużej tego utworu
przypomniałem sobie wydany w drugiej połowie lat 90-tych album "Plugged
Minds", nieistniejącego już zespołu Key Follow - trudno mi określić
podobieństwa, ale ogólne brzmienie drugiego utworu z "Book of Sky"
wprawiło mnie w nostalgiczny nastrój, który zawsze towarzyszy mi w trakcie
słuchania polskiej el - muzyki ze złotego okresu istnienia wytwórni X-Serwis.
Sporo się w tym utworze dzieję, jednakże głównie mamy tutaj do czynienia z
bogatymi brzmieniowo "przeszkadzajkami"; jest to pulsowanie,
bulgotanie, przenikanie panoramy stereo... Generalnie zapowiada się coraz
ciekawiej...
Kolejny part zaczyna się
samotnym brzmieniem fortepianu. Prosta, trwająca około pół minuty sekwencja
przechodzi w klasyczne, przywodzące na myśl Klausa Schulze z lat 70-tych
brzmienie, oparte o proste sinusoidalne i prostokątne, wzajemnie się
przenikające przebiegi basowe. Po chwili mamy jeszcze więcej klimatów rodem z
dzieł Herr Klausa. Part nr 3 niemal pozbawiony jest sekcji perkusyjnej, która
pojawia się tylko od czasu do czasu i ogranicza się do Bass Drum, który brzmi
tak, jak brzmiały "stopy" w pierwszych automatach perkusyjnych - podkreśla
to tylko ascetyczność i nawiązanie do klimatów z początków
"prawdziwej" muzyki elektronicznej, tworzonej na prostych,
analogowych syntezatorach. W końcówce utworu do samotnie pukającego Bass Drum
dołącza hi-hat, lecz ... part 3 nagle się kończy. Generalnie może nieco zbyt
monotonnie, aczkolwiek całkiem miło.
Czwarta część odsłony
"Book of Sky" zaczyna się syntetycznym brzmieniem, które przywodzi mi
nieco na myśl poddaną obróbce elektronicznej próbkę instrumentu, w języku
anglosaskim określanego jako Bagpipes ;) Tak odmienny charakter początku tego
utworu zapowiada zmiany w charakterze dalszej części albumu. Zobaczymy - a
raczej posłuchamy. Cóż... jednak nadal mamy starego, dobrego Klausa Schulze :)
A może raczej TD? Początek był jednak chyba celową zmyłką :) Po chwili
samotnego "pukania stopy" na tle basu, wchodzi pełna sekcja
perkusyjna, smyczki, przeszkadzajki i majorowy motyw muzyczny. Jakiś ledwie
słyszalny chórek w tle, tłamszony jednak przez przebijające się, oparte o
sinusoidalne przebiegi brzmienia basów. I znowu powracający kontrapunkt.
Zakończenie jest całkiem miłe - gdzieś tam "jęczy" chórek i powoli
gasnące, przewalające się sekwencje "przeszkadzajek".
Minęliśmy półmetek, czas
zatem na Part 5. O ile utwór nr 3 zaczął się od brzmienia fortepianu, tym razem
mamy gitarę akustyczną. Trwa to jednak tylko moment, szybko wchodzą pulsujące
basy przypominające Korga Polysix, tudzież podobne instrumenty analogowe
przełomu lat 70/80. Póki co utwór ten podoba mi się najbardziej - transowe
pulsowanie całej sekwencji jest monotonne, ale jakże miłe dla ucha człowieka
lubującego się w "klasycznej elektronice" :) W tle płyną kolejne
przebiegi basowe, których rezonans stopniowo wzrasta. Mimo pozornej monotonii
jest naprawdę ciekawie! W końcu wchodzi sekcja perkusyjna w stylu Rolanda
TR-626 i robi się jeszcze ciekawiej. Zdecydowanie jak na razie najlepszy utwór
- także najbardziej dopracowany jeśli chodzi o stronę aranżacyjną.
No i mamy part nr 6...
Ponownie wita nas fortepian akustyczny. Można się nieco przyczepić do jakości
użytych próbek fortepianu, jednak może takie było właśnie zamierzenie twórcy?
Tak jak i poprzednio introdukcja nie trwa zbyt długo i po chwili mamy znajome
pulsowanie basów. Po dobrej chwili całość przechodzi niemal w rockowe
brzmienie, które może przypominać albumy TD z końca lat 90-tych. Owo rockowe
brzmienie podkreśla z pewnością charyzma przesterowanej gitary i solówki
odgrywane w górnych rejestrach przy użyciu syntezatorowych barw, posiadających
gęstą fakturę. Szkoda jedynie, że solówki te trwają tak krótko... Następnie
całość nieco zwalnia i w pewnym momencie ogranicza się do samych smyczków, po
czym powoli zaczyna się rozwijać w coraz bardziej złożone harmonicznie
pulsowanie. Trochę szkoda, bo jest to już... koniec utworu.
Pora na przedostatnią
część albumu, czyli part siódmy. Tym razem miast brzmień akustycznych wita nas
miarowe "tykanie" basu. Po chwili dochodzą stringi, których
wybrzmiewanie nawiązuje do jednej z poprzednich części "Book of Sky".
Po pewnym czasie wchodzi sekcja perkusyjna, jednakże tym razem jest ona nieco
bardziej agresywna, typowo rockowa. Znów jakby powiało Detlef'em Keller'em.
"Stojące smyczki" na tle "cykania" sekcji basowej i płynący
powoli motyw, który jest jednak tylko tłem.
Cóż... Pora na ostatni
utwór. Nawiązuję on do utworu rozpoczynającego album, brzmienie jest
symfoniczne, chociaż aranżacja nie jest zbyt bogata. Na tle stringów, fletów,
mamy nawet trąbki. Całość nagle się urywa i przechodzi w dość smutny motyw
odgrywany przez smyczki. Trwa to tylko chwilę, bowiem za moment pojawia się
cała orkiestra, lecz... wszystko się kończy, trochę zbyt szybko i zbyt
gwałtownie.
Czas zatem na
podsumowanie. "Book of Sky" z pewnością jest płytą wartą
przesłuchania i jest to najlepsze jak dotąd dzieło Bookovsky'ego. Myślę, że
album ten dość dobrze podsumowuję całą twórczość tego artysty, doszukać się
można też pewnego przesłania. Moim zdaniem Bookovsky podąży teraz w kierunku
brzmień symfonicznych i następny album będzie raczej już quasi - symfoniką, niż
nawiązaniem do elektroniki klasycznej. Może się jednak mylę? Cóż, czas
pokaże...
Paweł Starczewski
20.12.2006
Geiger Box - Humanity
[2003]
Recenzja napisana przez organizatora imprez “Electrostrefa”
Geiger Box to zespół
założony w 1994 roku. Obecnie grupę tworzą: Bookovky i Foltman. Dopiero jednak
w 2003 r. ukazała się oficjalnie ich płyta „Humanity”. Po roku od wydania i
przesłuchania ponownie do niej powróciłem, żeby przekonać się co jest warta po
upływie ostatniego roku.
To naprawdę przyjemne,
kiedy słucha się ciekawie zaaranżowanej i wykonanej muzyki z gatunku szeroko
pojętego electro i okazuje się, że jest to polskie dokonanie, a w dodatku
krakowskie ? Z pewnością nie jest to płyta łatwa, lekka i przyjemna. Adresowana
jest do wysublimowanego odbiorcy lubiącego przede wszystkim dokonania Kraftwek,
Diary of Dreams czy Diorama (o czym świadczą choćby wyrazy szacunku złożone w
booklecie do płyty oraz interesująca okładka płyty). Płyta naszpikowana jest
elektronicznymi melodiami i motywami często kojarzącymi się z Kraftwerk. Do
tego dochodzi wielokrotnie dark wave-owy klimat nostalgii i melancholii.
Osobiście na Elektrostrefie puszczam „Machine Rhythm” i „Civilization”, ale
utworów zasługujących na uwagę i uznanie jest znacznie więcej. Podkreślić
należy, że poszczególne utwory tworzą interesującą całość, w której znajdziemy
pewien pomysł i sens. Interesujące jest, że Geiger Box jest już dość znany poza
granicami kraju, np. utwory z „Humanity” są grane w greckich klubach.
Zauważyć również trzeba
niemal nienagannie dobrane brzmienie, a jedynym minusem płyty jest jakość
nagranych partii wokalnych. Nie wiem czy taki był zamysł (jeśli tak to według
mnie błąd), czy miał on przypominać nieco Hates’a z Diary of Dreams czy
Veljanowa z Deine Lakaien, ale wokal bardziej przypomina death’owe wykonanie. Z
tego powodu, przyznałbym tej naprawdę niezłej płycie 8-8,5 punkta na 10.
Theremin
(elektrostrefa 6.11.2004)
Geiger Box -
Humanity (2003)
Recenzja największego
polskiego magazynu synth-pop „ELECTR-ON” (i właśnie pod kątem synth-popowym płyta została
opisana i oceniona).
Ocena: 6/10
Geiger Box to polski
projekt znany już zapewne wielu z internetowych promocji - powstał już dość
dawno bo w 1994 roku założony przez muzyka noszącego się pseudonimem Bookovsky
- pod nim również ów muzyk tworzy. Oprócz
Bookovski'ego (muzyka, tekst, wokal) Geiger Box zasila obecnie niejaki Foltman.
Grupa zaistniała już kiedyś publicznie między innymi na składakach "Songs
of hate and devotion" (2000r) i słynnym ponoć "Mode In Poland".
Coś więcej (?), pewnie będzie w przyszłości bo na razie zameldowała się ze
swoim pierwszym, w pełni profesjonalnie zgranym albumem "Humanity".
Można by o samym krążku napisać -> "Polski Kraftwerk", jednak
oprócz totalnego naśladownictwa wspomnianych guru muzyki elektronicznej muzycy
wykazują też pociąg do innych gatunków, które bądź co bądź w początku lat
osiemdziesiątych posiadają swoje korzenie. Bałem się iż album pociągnie jedną
kraftwerkowa nuta, iż stanie się nudny w połowie i nic specjalnym mnie nie
zaskoczy. No cóż miło się zaskoczyłem, po 3, no może 4 pierwszych trakach -
zdecydowanie nawiązujących do niemieckich korzeni electro, album zaczął powoli
ewoluować w stronę nowszych, bardziej zróżnicowanych gatunków. Zdaje się,
słychac tojuż w szóstym, przyznam iż bardzo ciekawym 'I Have To Know' - nie
stroniącym od elektronicznych ciemności i tajemniczych, ambientowych otchłani.
Nie inaczej też jest w kolejnym 'Our Culture Is Sick', bardziej wykręconym
wyszukanymi samplami oraz ósmym na płycie, szybkim, soczyście syntetycznym
'Stimulant Industrial Love'. Tytułowy 'Humanity' przypomina mi trochę electro
produkcje ukazujące się w większości na płytkach winylowych - lekko wpadające w
twórczość (starego) Anthony Rother'a czy też projektu Adult, jednak to co w
'Humanity' i wielu nagraniach na albumie sam osobiście gdzieś już słyszałem, to
już ktoś przetestował, stworzył i niektórzy mogą powiedzieć nawet iż Geiger Box
dość smętnie "sparodiował" elektroniczną muzykę z którą najlepiej
radzili sobie i radzą nadal nasi sąsiedzi za zachodnią granica (choć nie
tylko). Sam wyczuwam jedną i największa wadę albumu "Huamanity", a
mianowicie jest nią dość sucha-płaska
produkcja. Niestety nie da się ukryć kilku błędów, polskiej amatorki
jednak nie wynikającej być może z uprawnień, zdolności i chęci muzyków, a z
braku dojścia do w pełni
profesjonalnego studia, doświadczonego producenta, który zapewne co
nieco doradziłby, wspomógł i poprawił. Naturalnie wyróżniam grupę za odwagę,
nie ustępliwość w dążeniu do celu jakim było nagranie i wydanie płyty - nie ma na niej żadnych wynalazków, pamiętliwych
motywów do których i o których można by mówić dniami i nocami - wśród kilku
wyróżniających się nagrań wymienić, odsłuchać na pewno warto 'Death And Dark', 'I Have To Know',
'Stimulant Industrial Love' i 'Civilization'. Polecam wszystkim zasłuchanym w
'kraftwerkowych' brzmieniach i szukającym polskiej elektroniki na dość
przyzwoitym poziomie, a samej grupie życzę wytrwałości w dążeniu do celu!
Fiołek, 29.09.2003
Geiger Box -
Humanity (2003)
Recenzja najlepszego polskiego magazynu
'ciężko-elektronicznego' ;) "POSTINDUSTRY".
Ocena: 4,5 na 5.
Wydawać by się mogło, że
z całą naszą kulturą jest coraz gorzej. Że muzyka polska się nie rozwija, że
byliśmy, jesteśmy, będziemy prowincjonalnym krajem z prowincjonalną rozrywką.
Że jesteśmy do tyłu o kilka lat świetlnych za Europą czy Ameryką. Że rządzi u
nas tandeta, prostota, kicz i manieczki. Że dresiarski, świecący złotem hiphop,
podrasowane disco polo, komercyjny badziew to cały arsenał naszej kultury
rozrywkowej. I tak patrząc na ten burdel z zewnątrz, to tak jest w istocie!
Na szczęście działa u nas
trochę ludzi ambitniejszych, gdzieś tam w głębokim undergroundzie, którzy
tworzą muzykę może nie przyszłościową, ale przynajmniej w tym momencie na
wysokim europejskim poziomie. Do tego urozmaiconą, pełną pasji, zaangażowania i
inwencji. Co chyba przyznacie jest coraz rzadsze u naszych
"artystów". I oczywiście można by się spierać czy to jest
współczesne, nowoczesne, progresywne czy można to eksportować w daleki świat.
Ale przecież umówmy się, to są akademickie dyskusje, nic warte docinki
zmurszałych redaktorów, wiecznych kontestatorów, "podziemnych"
dziennikarzy, które tak naprawdę mało kogo obchodzą. Ludzie chcą słuchać
muzyki, ją pochłaniać i nią się podniecać. A już na pewno nie myśląc przy tym
czy to jest na topie czy akurat jest już beatyfikowany supertrendy megacool
hipernowy gatunek.
Odrywając całą tę otoczkę
i wymóg bycia niepowtarzalnymi, Geiger Box stworzył płytę naprawdę
interesującą. Bookovsky pokazał, że można wydać w Polsce materiał, który
powinien się spodobać nie tylko Polakom. Niewątpliwie czerpie(ą) garściami z
dokonań Kraftwerku, wokalnie próbują zastąpić frontmana Diary of Dreams, a
kompozycyjnie tkwią wciąż w latach 80-tych. Spokojnie można by się również
czepić realizacji i produkcji. Ale nie narzekajmy, to naprawdę ciekawa płyta,
warta swojej uwagi i miejsca, nawet jeśli nie wnosi nic nowego w muzykę
elektroniczną. Goś(ć)ie potrafią zrobić klimat. I to mi wystarcza.
PS. Ale jako, że Warszawa
rządzi szołbiznesem, mediami i fonografią to nie wróżę im zawrotnych sukcesów
nad Wisłą.
2.PS. Pół gwiazdki więcej
za debiut.
3.PS. Nie wiem w końcu
ile osób tworzy Geiger Box
-- r@ [20 października
2003]
Geiger Box - Humanity (2003)
Recenzja magazynu kultury alternatywnej „Najtvolk”.
Płytę Geiger Box dostałem
niedawno od Michała, który jest obecnie jedynym człowiekiem tworzącym pod tym
szyldem. Podczas ciekawej konwersacji w krakowskim klubie „Re”, sam
zainteresowany zareklamował mi swój produkt jako wypadkową Kraftwerk i Diary of
Dreams, z wpływami sceny dark electro. Przyznam szczerze, iż w tym momencie
naprawdę miałem ochotę posłuchać jego muzyki. Chociaż nie jestem zwolennikiem
Kraftwerka, a już na pewno nie lubię Diary..., to jednak nazajutrz z
przyjemnością wrzuciłem „Humanity” do odtwarzacza.
I jakie były moje
wrażenia? Hm, z muzyką stricte electro, trans czy space mam niewiele wspólnego,
więc stanąłem przed nie lada wyzwaniem. Na tle słuchanych przeze mnie płyt,
Geiger Box okazało się totalną egzotyką. :-) Z drugiej strony umożliwiło mi to
odbiór całkowicie wolny od jakichkolwiek skojarzeń czy uprzedzeń.
„Humanity” jednoznacznie
przywodzi na myśl komputery, cyber przestrzeń, otchłań kosmiczną... Taka muzyka
pasuje do wirtualnego świata nowoczesnych technologii. Dla mnie jest czymś
innym, nie odkrytym lądem, zapomnianą i nieodgadnioną krainą smutku, pełną
maszyn i pozbawionych uczuć, chłodnych spojrzeń androidów. Syntetyczne dźwięki
Bookovskiego są dostatecznie intrygujące, aby zainteresować nimi polską
publikę. Koniecznie trzeba w nie jednak „zainwestować”, bowiem produkcja albumu
pozostawia niestety wiele do życzenia.
Michał robi muzykę, która
wymyka się definicjom. Jestem pewien, że Geiger Box znajdzie odbiorców głównie
w Europie Zachodniej, a może nawet dalej, poza naszym kontynentem...
Laurel
26 października 2003
BOOKOVSKY - "ANALOGy" (2001/2002)
Po dłuższej przerwie daje znać o sobie jeden
z bardziej obiecujących polskich el-twórców (poprzednia płyta Michała
Bukowskiego "Sen paranoika" choć wydana jako CD-R w 2000r.
zawierała materiał z 1996r). Tym razem do rąk słuchaczy trafia krążek wydany przez
niezależną wytwórnię R & R Records.
Na płytce znajduje się niewiele kompozycji. Większość czasu wypełnia,
podzielony na dwie części, utwór tytułowy. Rozpoczyna się dynamicznie i jest
tak prawie bez przerwy aż do końca. Gwałtowne i intrygujące zmiany nastroju
poprzez umiejętne operowanie rytmem i dźwiękami wypełniającymi tło może
zaskoczyć i... łatwo wciągnąć. Uważny słuchacz wyłowi z tego nagromadzenia
brzmień echa przeszłości gustownie wplecione w rytmiczny współczesny wzór. Nie
wszystkim może się wprawdzie podobać pewna monotonia wyłaniająca się co rusz z
tej "koronki" sztucznych dźwięków. Jest jednak szybko gaszona przez
kolejną zmianę "ściegu". Można powiedzieć, że kolejne spotkania z tym
krążkiem "produkują" niejako nowe wrażenia. Nagranie bonusowe
(ostatnie) to produkcja niejakiego Vavrzona z SOYT!NBG (projekt z którym
artysta ma wiele wspólnego). Utwór ten jest według mnie raczej niepotrzebnym
"wypełniaczem". Wprawdzie barwi przestrzeń ciekawymi klimatami, ale
zbyt odstaje nastrojem zbudowanym przez poprzedzające go kompozycje. Na
szczęście jest stosunkowo krótki przez co nie psuje obrazu całości.
Jak można podsumować? No cóż, klasyfikacja raczej niepożądana, bo choć budowane
klimaty wyraźnie nawiązują do berliner schule, artysta wnosi
wiele własnych pomysłów i zaskakującej dynamiki. Odbiega znacznie od przyjętych
schematów a jednocześnie nie traci ducha klasycznej muzyki elektronicznej (może
dlatego "nowa elektronika" jest taka płytka, bo tego ducha nie
posiada?). Jak sam określa jego twórczość to trans berliński. Coś
w tym jest.
El-Skwarka, wrażenia spisane w styczniu
2002r.)
Text ze strony El-Skwarki: http://www.nets.pl/~skwar709/book.htm#book
BOOKOVSKY
"Sen
paranoika" (2000)
Chyba niedługo stanie się to regułą, że
dokonania polskich artystów (szczególnie tych mniej znanych) z kręgu el-muzyki
nie będą dostępne w żaden inny sposób jak bezpośrednio od twórcy w postaci
płyty CD-R. Niechęć wydawców do tego typu twórczości jest permanentna. Nie będę
jednak rozwodził się w tym miejscu nad tym problemem. Ważne jest, że coraz
więcej artystów bierze sprawy w swoje ręce i dzięki temu słuchacze mogą poznać
nowe zestawienia el-dźwięków (wbrew pozorom wcale nie takie błahe) "made
in Poland".
Do artystów, którzy zastosowali w życiu słowa piosenki W. Młynarskiego
"Róbmy swoje", dołączył ostatnio krakowski kompozytor, ukrywający się
pod pseudonimem Bookovsky. Uważni słuchacze zapewne pamiętają jego debiutancką
kasetę wydaną przez Digiton. Osobiście nie miałem z tym wydawnictwem nawet
pobieżnej styczności, więc do słuchania "Snu paranoika"
przystępowałem całkiem "nieokrzesany".
Materiał zgromadzony na płytce nie jest młody. Kompozycje powstały już w 1996
roku, ale opisane wyżej "kłopoty wydawnicze" zrobiły swoje. Bardzo
dobrze się stało, że w ogóle krążek trafił do wprawdzie wąskiego, ale zawsze,
grona odbiorców. Na płytce spotkamy podzieloną na dwie części (a te na mniejsze
kawałki) suitę "Sen paranoika" i mały bonus w postaci "ANALOGy
- preview" (zapowiedź kolejnej płyty). Prawie wszystkie kompozycje są
dynamiczne, utrzymane głównie w stylu tzw. szkoły berlińskiej. Brzmienia jakie
płyną z głośników kojarzą się jednoznacznie (nie będę przytaczał konkretnych
wykonawców). Mimo jawnych odwołań i inspiracji kompozycje Bookovsky'ego nie są
bezmyślną kopią. Jest to raczej przemyślany artystyczny zabieg z wieloma
własnymi pomysłami. Dzięki temu powstaje coś, co niby już skądś znamy, ale
jakieś inne - o wiele świeższe. Jakby nagle zupełnie niespodziewanie pojawiła
się zaskakująca kontynuacja. Czy takie postępowanie jest słuszne? Moim zdaniem
nawet pożądane. Niezbyt bliskie naśladownictwo połączone z brawurowym
wykonaniem i krztyną duszy kompozytora przynosi intrygujące efekty. Praca pana
Michała, prawdę mówiąc, mile mnie zaskoczyła.
Ogólny obraz nie jest jednak zbyt doskonały (dość denerwujący dysonans
wprowadza ostatnia część pn. "Epilog", przynajmniej dla mnie), a
dodany na końcu bonus przybłąkał się chyba z "innej parafii". [Hehe,
a sam przed chwilą pisał, że to zapowiedź następnego albumu i teraz się dziwi!!
;) - przyp. MB] No cóż, nie wszystko można mieć za jednym razem, a
niedoskonałości można zawsze wyeliminować w przyszłości. Oby tylko taka
nadeszła, bo początek jest bardzo obiecujący. Płytka jest niestety nieosiągalna
w żadnym sklepie muzycznym (czy też innym). Bliżej zainteresowani mogą wysłać
e-mail pod adres hprg@friko.onet.pl wraz ze swoim adresem pocztowym. Tym samym
złożą zamówienie. Cena wydawnictwa może być zaskakująca (27,00 wraz z przesyłką).
Jeśli tylko ktoś lubi opisane wyżej klimaty, nie będzie żałował.
El-Skwarka (wrażenia spisane w marcu 2000r.)
(Ten sam autor napisał recenzję inkryminowanego albumu do
miesięcznika „Estrada i Studio”).
Text
ze strony El-Skwarki: http://www.nets.pl/~skwar709/book.htm#book
BOOKOVSKY
"UKŁAD SŁONECZNY - NASZYJNIK BOGA" (1996)
Kasetę BOOKOVSKY'ego nabyłem już jakiś czas temu. Muszę przyznać, iż po pewnym czasie doszedłem
do wniosku, iż jest to jedna z lepszych pozycji, jakie posiadam w swoich
zbiorach.
Jaka to muzyka? Przede wszystkim trzeba powiedzieć, że mamy tu do czynienia ze
szkołą berlińską. Styl ów nie jest odtworzony przez autora tak wiernie, jak na
przykład w przypadku Daniela Blooma, lecz wyraźnie słychać wpływy
klasycznego rocka elektronicznego. Ogólnie rzecz biorąc muzyka BOOKOVSKY'ego
kojarzy mi się z dokonaniami Roberta Schroedera. (Coś typu "Computer
voice" lub "Time waves"). Właściwie, to może i
lepiej, że facet nie naśladuje bezmyślnie Tangerine Dream, czy też Klausa
Schulze, a próbuje dodać do stylu coś nowego, choć zdaję sobie sprawę,
iż nie każdy musi się zgodzić z tą opinią. No ale nic... Przejdźmy może do
konkretów.
Utwór pierwszy ("Słońce - Diament") jest bardzo transowy.
Nie ma tu ostrych brzmień, całość ma... jakby to opisać... pastelowe barwy.
Perkusja nie jest zbyt nachalna i nieźle pasuje do reszty. Jest to jeden z
najdłuższych kawałków albumu - trwa 7:05 minut. Może budzić skojarzenia z "Syriuszem
B" Delivera. Utwór drugi ("Merkury - Agat")
praktycznie prawie nie ma perkusji. Rytmika opiera się raczej na basie. Znowu
mamy niezgorszy trans. Swego czasu przypominał mi trochę muzykę Software'u,
z tym, że zamiast saksofonu pogrywa tutaj trąbka a'la Miles Davis. Tylko proszę
się nie sugerować: ta muzyczka nie ma z jazzem nic wspólnego. Na szczęście.
Utwór trzeci ("Wenus - Topaz") składa się jakby z dwóch części.
Pierwsza obdarzona jest szczątkową perkusją i bardzo transowym charakterem.
Trochę improwizacji na dość ostrych brzmieniach. Bardzo "berlińska".
Część druga - moim zdaniem - nieco gorsza. Kompozycja, co prawda, ta sama, lecz
pojawia się zbyt nowocześnie brzmiąca perkusja. Utwór czwarty ("Ziemia
- Szafir") jest mniej "kosmiczny" od poprzednich. Pojawiają
się jakieś elementy etnicznych bębnów, jakiś brass section tudzież niezła
solówa w stylu Bilińskiego. Niby dobry, ale trochę za bardzo rozrywkowy,
jak dla mnie. Choć z drugiej strony, może właśnie o to autorowi chodziło: oddać
klimat planety Ziemia? Utwór piąty ("Mars - Rubin"). Nie tak
dobry, jak pozostałe. Znowu perkusja, znowu trochę zbyt duża
"rozrywkowość". Niby klasyczna kompozycja, oparta na jednej nucie,
ale ta aranżacja... W każdym razie da się słuchać. Utwór szósty ("Jowisz
- Ametyst") również składa się właściwie z dwóch części: wolnej i
nastrojowej oraz drugiej: szybkiej i ostrzejszej. W zasadzie ma te same zalety
i wady, co kawałek poprzedni.
Przejdźmy teraz do strony B. Utwór pierwszy ("Saturn - Granat")
jest chyba jednym z najlepszych. Jest to "mikrosuita" (7:33). Słychać
tu dosyć analogowe brzmienia, zero perkusji: rytmika znowu opiera się na basie.
Bardzo transowy. Przypomina mi nieco Klausa Schulze. Na tle sekwencerowych
podkładów leci tu sobie całkiem fajna improwizacja. To był opis pierwszej
części "Saturna". Część druga oparta jest na tym samym
schemacie, lecz dochodzi tu perkusja (znów zbyt rozrywkowa, jak dla mnie) i
parę nowych motywów muzycznych. Część trzecia - ten sam podkład, ale jeszcze
inne motywy. Mimo paru zastrzeżeń, stwierdzam, iż całość wypada bardzo dobrze.
Utwór drugi ("Uran - Malachit"). Dosyć transowy, ale dla
mnie - starego ortodoksa - zbyt nowocześnie zaaranżowany. Znów skojarzenia ze Schroederem.
Utwór trzeci ("Neptun - Turmalin") to jest to, co lubię.
Bardzo przypomina stary, dobry Tangerine. Parę cichutkich instrumentów
perkusyjnych, charakterystyczne tangerine'owskie fleciki, sporo improwizacji,
fajny bas... Trans, trans, trans... Jeden z
najlepszych kawałków albumu. Utwór czwarty ("Pluton - Chryzolit"):
jak zwykle dopieprzam się do aranżacji. Za bardzo czuć tu elektroniką
"środka". Początkowy instrument prowadzący nie najszczęśliwiej chyba
dobrany. Potem są niezgorsze improwizacje. Spokojnie da się słuchać. Utwór
piąty ("Faeton - Szmaragd") to coś, jakby bonus track.
Dlaczego? Bo takiej planety nie ma w naszym układzie. Ale istnieje teoria, iż
kiedyś była. Niezły pomysł w każdym razie. Lecz przejdźmy do muzyki. Dobry
wstęp, mający nastrój tajemniczości. Słychać jakieś głosy... Może to mieszkańcy
Faetona? Część pierwsza kawałka jest bardzo dobra. Klasyczna kompozycja,
rozsądna perkusja i klimat rodem z Dalekiego Wschodu. Fajne, trochę
psychodeliczne improwizacje. Część druga... Co do kompozycji, to jest OK.
Bardzo mi się podoba. Aranżację znowu pozwolę sobie zganić. Ogólnie jest to
utwór jeden z lepszych.
Generalnie wśród takich twórców, jak Bloom, Key Follow, Kubiak,
czy Deliver, BOOKOVSKY wypada nienajgorzej, choć mogło by być lepiej...
Jeśli dalej artysta ów będzie szedł w kierunku klasycznego el - rocka, to z
przyjemnością zakupię jego następną kasetę. Co i Wam polecam.
© 1997 by YAQP
Text ze strony MUZIKON: http://republika.pl/muzikon/musica/bookovsky.htm