RECENZJE:

 

Recenzja albumu "BOOK OF SKY" [2006]

pochodząca z portalu MOOZA.PL

Michał Bukowski, muzyczny samouk, z wykształcenia filmoznawca, studia podyplomowe z dziennikarstwa, grający jak to określa berliński trance, urodził się w 1975 roku w Krakowie. Muzyka elektroniczna oczarowała go jako nastolatka. Ten czas kiedy był jeszcze w podstawówce określa instynktownym a nie świadomym zainteresowaniem tą muzyką gdy ta pojawiała się m.in. jako tło muzyczne w TV i była jeszcze dla niego nieokreślonym, najbardziej pociągającym gatunkiem. Bookovsky wspomina: „pierwszą zakupioną przeze mnie kasetą był album Jarre'a "Zoolook". Do dziś uważam tę płytę za genialną... Potem się posypało. Tangerine Dream, Kraftwerk, Biliński Vangelis ( stawia tego ostatniego na piedestale uznając płytę Heaven And Hell za najlepszą pozycję el muzyki- przyp. aut.). Oprócz tego, tacy wykonawcy jak Koto czy Laser Dance. Do dzisiaj lubię tego posłuchać. To chyba dlatego, że cenię każda odmianę muzyki elektronicznej. Czego niektórzy nie potrafią zrozumieć. Obok tych wykonawców zawsze z kolegami nagrywaliśmy na kasety muzykę z gier i demo z komputerów 8-bitowych i z Amigi i słuchaliśmy tego wszystkiego z zapartym tchem. W ciągu kolejnych lat przybywały wciąż nowe nurty elektroniki, jakimi się interesowałem, od klasyki do całkiem ciężkich klimatów". Co ciekawe zainteresowania swe pogłębiał jak twierdzi dzięki... piractwu radiowemu, które w Krakowie było mocno rozwinięte i prezentowało tzw. gatunki niszowe z el muzyką na czele.

Co do robienia własnej muzyki Bookovsky wspomina: „W podstawówce, wobec braku jakiegokolwiek instrumentu, robiłem jakieś dziwaczne eksperymenty z miksowaniem paru ścieżek własnego głosu na kilku magnetofonach. Potem, gdzieś na początku liceum kupiłem swego ukochanego po dziś dzień Spectruma 48K (konkretnie był to Timex), właśnie po to, by robić na nim muzykę". Pierwsze próby muzyczne to lata 1990-1993, małe samplery Casio SK- 5, CA 110 i miksy na zwykłym magnetofonie. Późniejsze nagrania (na sprzęcie Yamahy, o całe klasy wyższym, lecz wciąż dalekim od ideału), Bookovsky wspomina tak: „Gdzieś tam z braku kanałów w ogóle werbel pocięło, bo sprzęt nie wyrobił, gdzieś tam jakieś cuda na kiju musiałem odprawiać, żeby jakieś dziwaczne pady programować, hihi, no jednym słowem - było ciężko w tych czasach. I z kwantyzacją były problemy (sprzęt miał dwa sekwensery, z których tylko jeden się kwantyzował, więc na nim szły sekwencje, a wszystkie prowadzące i jakieś tam stringi musiały iść z ręki..." 

Do roku 2007 wydał cztery solowe albumy: w 1996 po dwóch latach oczekiwań firma Digiton wydała kasetę MC - "Układ słoneczny - Naszyjnik Boga". Autor dzisiaj nie ceni jej za bardzo... A powstawała w ekstremalnych warunkach. Michał nie miał wtedy własnego syntezatora, więc chodził do swej ówczesnej sympatii. Ta grała trochę na pianinie stąd ojciec kupił jej Yamahę. Instrument ten delikatnie mówiąc zbierał u niej jedynie kurz a Bookovsky wykorzystał go w pełni i skomponował na nim cały materiał. (Kolejny album nagrywał już przy użyciu ATARI 1040 ST i własnej Yamahy - marce tej stara się być wierny do dziś). W maju 1997 roku, w czasopiśmie "Estrada i Studio" ukazały się na płycie dołączonej do wydawnictwa trzy kawałki Bookovsky'ego oraz obszerny artykuł poświęcony jego osobie. Traktował głównie o drugim materiale, jaki nagrał a wydanym później na CD pod tytułem: "Sen paranoika" ( Znowu długie wędrówki po wytwórniach owocowały obietnicami wydania materiału ale finalnie nic z tego nie wychodziło stąd artysta wypuszcza go własnym sumptem dopiero w 2000 roku ). W międzyczasie w 1998 roku  skomponował muzykę do baletu "Wg. Pasji" dla Eksperymentalnego Studia Tańca Iwony Olszowskiej, wystawianego przez parę miesięcy 1998 roku w całej Polsce. To właśnie w ich spektaklu choreograficznym można usłyszeć między innymi niepublikowany utwór "Heartbeat". W 1998 roku debiutuje też na scenie w pierwszym dniu ZEF'u w Piszu grając m.in. premierowy materiał, który później znalazł się na płycie „ANALOGy" wywołując żywą reakcję wśród publiki i co zmotywowało go do dalszej twórczej pracy. Jego muzyka kilka razy pojawia się w różnych radiostacjach, miedzy innymi w PR III u Jerzego Kordowicza (już od pierwszej pozycji), w Radio Alex z Zakopanego, w Radio Plus, Jazz-Radio i innych, także internetowych. Tradycyjnie materiał na nowy krążek musiał czekać kilka lat na wydanie aż wreszcie w grudniu 2001 udostępniła go wytwórnia R&R Records działająca obecnie w Wlk. Brytanii prowadzona przez Polaka, Macieja Repetowskiego. Płyta ta zaistniała w świadomości fanów elektroniki na całym świecie - jest jedną z lepiej sprzedawanych płyt z polską el muzyką. 15 Sierpnia 2002 gra kolejny duży koncert, tym razem na festiwalu elektroniki Ambient w Gorlicach prezentując już wtedy materiał który ukazał się później na „Book Of Sky". (Pierwszy utwór powstał już w 1997 roku ostatnie wstawki zaś na miesiąc przed wydaniem). Potem przez parę lat zajmował się publikowaniem bardzo różnej muzyki pod wieloma pseudonimami w różnych projektach głównie on line (techno, micromusic, black-metal, folk, industrial, space-synth, muzyka symfoniczna) wciąż jednak szlifując materiał na album wspomniany powyżej.  Najważniejszym odpryskiem od jego solowych działań jet wydanie w roku 2003 w firmie AXIS (dawna R&R a obecnie Alpha Centauri -specjalizuje się w space synth m.in. tu wydaje Krzysztof Radomski, Vocoderion, Spaceraider) płyty „Humanity" pod szyldem Geiger Box (Foltman i Bookovsky), która zelektryzowała fanów stylu Kraftwerk a gdzie mamy też domieszkę EBM/darkwave a Bookovsky raczy nas swym śpiewem (kojarzy mi się z wokalistą Type O'Negative). W plebiscycie polskiego serwisu poświęconemu muzyce niezależnej - Alternative Pop, Geiger Box stało się „Debiutem roku 2003".( Tak naprawdę projekt post kraftwerkowski istniał już od 1994 roku a Bookovsky jest do dziś wielkim admiratorem stylu elektro pop). 31 Lipca 2005 roku daje kolejny entuzjastycznie przyjęty koncert na zamku olsztyńskim gdzie w ramach „Olsztyńskiego Lata Artystycznego" mają swe miejsce „Elektroniczne pejzaże muzyczne". Jako ukoronowanie jego dziesięciolecia na rynku muzycznym 17 listopada 2006 ukazuje się jego czwarty tytuł „Book Of Sky" (jak zwykle premiera odwleczona ze względu na tłocznię).

Od lat Bukowski jest zapalonym zbieraczem polskiej elektroniki a jego pasja związana z tą muzyką, zaangażowanie w jej propagowaniu zaowocowało wydawnictwem non profit do którego de facto dokłada finansowo. „Old Skool" zadebiutowała w 2005 roku i do tej pory do rąk fanów dotarły 4 pozycje na MC - El_visa, Neriousa, Kombinusa, Aqmoolatora.

Muzyka to nie wszystko -Bookovsky robił też filmy animowane, tworzył literaturę SF, interesuje się starymi komputerami, przede wszystkim 8-bitowymi.  Czytuje dużo SF i fantasy, lubi komiksy i filmy, najlepiej w podobnym klimacie.

A o tym co gra wypowiada się tak: „Generalnie rzecz biorąc, gram elektronikę i muzykę dark-independent. Solowo - rzeczy mające swe korzenie w czymś, co jedni nazywają trance'em berlińskim, inni - klasycznym rockiem elektronicznym lub "szkołą berlińską". Rzecz to bardzo transowa, oparta na sekwencjach, są tam również elementy elektroniki symfonicznej. Kultowe dla mnie rodzaje muzyki to transowa „szkoła berlińska" , techno-pop / electro oraz darkwave".

Part 1. Sztucznie brzmiący szum wiatru otacza pojedyncze dźwięki szarpania strun, do których przyłącza się orkiestrowe brzmienie smyków, kotła, wszystko w wolnym tempie,  wytwarzające  patetyczną, prawie nerwową (dodanie werbla) atmosferę. To intro przechodzi następnie (od 1.44) w przepiękny, skonstruowany ponownie brzmieniami orkiestrowymi fragment z prawie niewyczuwalnym wstawieniem typowego dźwięku syntezatora. Świetne harmonie od prawie monumentalizmu przechodzą do keyboardowego minimalizmu (3.38) wspartym po chwili basowym brzmieniem i kolejnymi wstawkami smyczkowymi. Melodię rozwija brzmienie przypominające puzon i znowu mamy majestatyczną ekstazę spotęgowaną rozedrganym fortepianem. Znów werble i w kakafonii dźwięków zaskakujące wprowadzenie -  typowo symfoniczne czyli do Bookovsky'ego bardzo niepodobne wybrzmiewa w uszach oszołomionego słuchacza.

Part 2. Od razu wpadamy w zakręcony, szybki loop który jest tłem dla mocnych głuchych odgłosów i ciekawej barwy przypominające zniekształcenie dźwięku pod wpływem błędnego zapisu. W koło nas rozbijają się warkocze galaktyk w efektownych ozdobnikach a melodia wiruje w kosmicznej spirali. Bookovsky manipuluje znakomicie, w wyszukany sposób nastrojem  wzniosłości, uczestniczenia w czymś niezwykle wielkim.(Choćby utrącenie głównego podkładu na rzecz niesamowitej wstawki między 2.49 a 3.21). Te inteligentne przełamanie melodii powoduje, że kolejne powtórzenia absolutnie nie przeszkadzają a ten galopujący, zapętlony utwór brzmi znakomicie.    

Part 3. Ten fragment otwierają dramatyczne, samotne dźwięki fortepianu z pogłosem, po chwili wplatają się ozdobniki - przechodzimy na elektroniczną klawiaturę rytm tężeje w berlińskim zawijasie. Brzmienia są zdecydowanie oparte na tradycyjnej muzyce BS. Sekwencje godne najlepszych gatunku. Nic dodać nic ująć.

Part 4. Początek tej części przypomina mi el transkrypcję jakieś góralskiej melodii ( to było domeną Kucza...). Ale wpadamy zaraz w podkręcony podkład  i zdecydowanie spokojniejszą linię melodyczną, przez którą przebija się sekwensyjność. I tak mogłoby być do końca ale Michał rasowo ubarwia kompozycję kolejnymi ciekawymi wstawkami ( mnogość barw, delikatnie prześwitujący chórek ) a wszystko jest właściwie interludium do grand finale ( 5.29- do końca ) gdzie w iluminacyjny sposób ( ale jakby nie zgrany z całością ) otacza nas wibrującymi dźwiękami.

Part 5. Otwarcie dość nietypowe, z hiszpańska brzmiącą gitarą klasyczną ale po chwili wiemy już gdzie jesteśmy. Ciekawa sekwencja i niebanalny nastrój wywołany interesującymi barwami przypominającymi mi m.in. odgłosy z horrorów. Bookovsky w perfekcyjny sposób znanymi i można by rzec wyświechtanymi środkami typowymi dla BS buduje znakomicie zaaranżowaną kompozycję z wpadającą w ucho melodyką co świadczy, że nie jest li tylko rzemieślnikiem znającym odtwórczy warsztat ale artystą z dużą wyobraźnią muzyczną. Jeśli część pierwsza i druga zawiera „tylko" duże fragmenty, które powodują u mnie gęsią skórkę tak z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że to zdecydowanie najciekawszy utwór tej płyty.

Part 6. Zadumane, wybrzmiewające w echo uderzenia klawiszy fortepianu giną w końcu stereofonicznej kakafonii zdynamizowanej muzyki. Kolejny pełen wigoru „berliński" kawałek z mocno zaakcentowaną sekcją rytmiczną i ciekawą, niekonwencjonalną jak na ten typ muzyki partią gitary elektrycznej. Oczywiście Bookovsky nie zapomina o efektownych wstawkach ozdobników, sampli. Ciekawie artysta wyakcentowuje poszczególne fragmenty utworu układające się jakby w mini suity głównie zmianami tempa w obrębie wciąż tego samego rytmu. 

Part 7. Basowe sekwencje jak z najlepszych płyt Tangerine Dream wprowadzają nas w część siódmą operującą głównie nakładającymi się na siebie zapętleniami. Kolejny świetny utwór brzmiący jak klasyk gatunku.

Part 8. Zamknięcie jest nawiązaniem do początku płyty czyli werble, nadające ton temu symfonicznemu utworowi, który z klimatu major przechodzi w subtelne, zwiewne dźwięki nostalgii by woltą zakończyć w owym podniosłym nastroju początku. 

Za okładkę odpowiedzialny jest Paweł Skrzypczak i szczerze mam do niej zastrzeżenia. Szczątkowy booklet jest ciekawy, choćby zdjęcie Michała otoczone zwiewnymi, utkanymi z mgły skrzydłami chyba aniołów (?). Ale drażni mnie redendronowane inside i front sleeve. Owe komputerowo wytworzone nagie panny wzlatujące w niebo na kocie bardziej mi pasują do słodkawego New Age niż to tej soczystej, pełnej ekspresji muzyki.  

Zaskoczyły mnie gorzkie słowa, które Michał do mnie napisał: „Obawiam się, że to ostatnia moja płyta. Przez ostatnie lata wiele się zmieniło. Póki było mało słuchaczy - jak kiedyś - to wciąż jednak był sens robić elektronikę dla osób zainteresowanych.

Ale teraz to już nie tylko mała ilość słuchaczy; niestety ludzie uwierzyli w to, ze elektronika to wieśniacka muzyka dla ciołków, uwierzyli również, że robiona przez głupich gówniarzy tzw. (haha) "nowa" elektronika, czyli wybitnie sztampowe i nie różniące się od siebie prymitywne struktury są dobre, fajne i są przyszłością, bo... są "nowe" (nawet to "nowe" jest już OD LAT nieaktualne).

Słowacki wielkim poeta był. Dlaczego? Bo był wielkim poetą. Żałość, żałość i degeneracja, ale że fani elektroniki w to uwierzyli, to już jest poza moimi zdolnościami pojmowania.

Kiedyś na nas naskakiwano, ale byliśmy dumni i wiedzieliśmy, że nasza muzyka jest najlepsza. A dzisiaj? Szkoda gadać..." Mocne i smutne. Może dlatego w podziękowaniach pojawia się tyle postaci znanych z „moo" (np. Bart, Ania, Lord Rayden) czy z forum studio-nagrań.pl (np. Fantomasz, Yeske, Rubycon) jak i podziękowania dla muzyków: od 3N po Zibbona. Może to swoiste pożegnanie?...

Ale ja mam nadzieję, że Michał jednak zatęskni, usiądzie ponownie za instrumentami i nagra kolejny świetny materiał na płytę.

Bookovsky napisał kiedyś przy okazji mojej recenzji Vangelisa: „Piekło i Niebo. Najlepsza płyta muzyki elektronicznej - jak dla mnie. Przykro mi, jeśli kogoś uraziłem". A ja stwierdzam: Księga Nieba  - najlepsza polska płyta Berliner Schule - jak dla mnie. Przykro mi, jeśli kogoś uraziłem. (8.65/10)

1. Book Of Sky Part 1 - 8.34

2. Book Of Sky Part 2 - 6.33

3. Book Of Sky Part 3 - 8.46

4. Book Of Sky Part 4 - 6.39

5. Book Of Sky Part 5 - 6.53

6. Book Of Sky Part 6 - 7.57

7. Book Of Sky Part 7 - 5.28

8. Book Of Sky Part 8 - 2.42

 

© by Spawngamer

 

 

Recenzja albumu "BOOK OF SKY" [2006]

pochodząca z portalu MIDIMANIA

 

Bookovsky'ego, tudzież jego twórczość znam od dawna, bowiem od (bodajże) 1998 roku. Wówczas, w czasie tworzenia przeze mnie "pierwszej MIDIManii", skontaktował się ze mną pewien twórca el - muzyki i entuzjasta popularyzacji tego niewdzięcznego w upowszechnianiu gatunku - czyli właśnie Bookovsky. Współpraca przy tworzeniu MIDIManii układała się nad wyraz dobrze, a sam Bookovsky znacznie przyczynił się do sporej popularności owej "pierwszej MIDIManii". Serwis muzyczny MIDIMania w swojej pierwszej wersji niestety nie przetrwał zbyt długo, lecz jest to temat na oddzielny artykuł.

W międzyczasie Bookovsky wydał trzy albumy z muzyką elektroniczną. W grudniu tego roku ukazał się natomiast czwarty album, będący niejako ukoronowaniem 10-ciu lat działalności tego nieprzeciętnego i oryginalnego muzyka. Ten właśnie album mam przyjemność dzisiaj recenzować.

Sama płyta jest wydana w pełni profesjonalnie - nie jest to domowe wydawnictwo via drukarka atramentowa i nagrywarka CDR. Płyta jest tłoczona, zawiera też dwustronicową wkładkę i oczywiście jak na profesjonalnie wydawnictwo przystało - jest zafoliowana. Natomiast grafika autorstwa Pawła Skrzypczaka z pewnością nadaje okładce wiele uroku. Przejdźmy jednak do zasadniczej sprawy - czyli muzyki zawartej na "Book of Sky".

Na płycie zawartych zostało 8 utworów, których łączny czas trwania wynosi blisko 54 minuty. Poszczególne tracki nie posiadają swoich autonomicznych tytułów, zostały opisane jako Book of Sky part 1 - 8. To sugerować może, że płyta ma koncepcyjnie stanowić pewną całość, chociaż autor opisuję nam swój album jako podróż po różnych gatunkach muzycznych - od quasi symfoniki do klimatów Tangerine Dream z lat siedemdziesiątych.

Part 1 zaczyna się spokojnie i nieco nostalgicznie, delikatnemu poszumowi towarzyszą smyczki grające pizzicato, po czym wchodzi sekcja smyczków grających legato, które budują nastrojowy, symfoniczny podkład. Można tu się doszukać odrobiny Detlef'a Keller'a, momentami (ze względu na użyte barwy) także Tangerine Dream z albumów przełomu lat 70/80. Utwór jest dynamiczny, zawiera sporo "przeszkadzajek", jednak użytych umiejętnie - w porównaniu z wcześniejszymi albumami widać postęp w warsztacie Bookovsky'ego. Jeśli mogę się do czegoś przyczepić to do smyczków, które posiadają słyszalne punkty zapętlenia próbek. Także akcent trójkąta, który podkreślać ma poszczególne frazy jest chyba ciut zbyt natarczywy i nieco burzy atmosferę. Następnie mamy sekwencję fortepianu, który przebija się przez jakby miks wszystkich użytych we wcześniejszej części utworu kontrapunktów. Później mamy niejako "powrót do źródeł" i utwór kończy się spokojnym wybrzmiewaniem smyczków.

Part nr 2 to już zupełnie inny styl; już od pierwszych taktów słyszymy tutaj J.M. Jarre'a. Charakterystyczne pulsowanie basu i hi-hat'u przywodzi jako żywo najsławniejszego z mistrzów el - muzyki. Słuchając dłużej tego utworu przypomniałem sobie wydany w drugiej połowie lat 90-tych album "Plugged Minds", nieistniejącego już zespołu Key Follow - trudno mi określić podobieństwa, ale ogólne brzmienie drugiego utworu z "Book of Sky" wprawiło mnie w nostalgiczny nastrój, który zawsze towarzyszy mi w trakcie słuchania polskiej el - muzyki ze złotego okresu istnienia wytwórni X-Serwis. Sporo się w tym utworze dzieję, jednakże głównie mamy tutaj do czynienia z bogatymi brzmieniowo "przeszkadzajkami"; jest to pulsowanie, bulgotanie, przenikanie panoramy stereo... Generalnie zapowiada się coraz ciekawiej...

Kolejny part zaczyna się samotnym brzmieniem fortepianu. Prosta, trwająca około pół minuty sekwencja przechodzi w klasyczne, przywodzące na myśl Klausa Schulze z lat 70-tych brzmienie, oparte o proste sinusoidalne i prostokątne, wzajemnie się przenikające przebiegi basowe. Po chwili mamy jeszcze więcej klimatów rodem z dzieł Herr Klausa. Part nr 3 niemal pozbawiony jest sekcji perkusyjnej, która pojawia się tylko od czasu do czasu i ogranicza się do Bass Drum, który brzmi tak, jak brzmiały "stopy" w pierwszych automatach perkusyjnych - podkreśla to tylko ascetyczność i nawiązanie do klimatów z początków "prawdziwej" muzyki elektronicznej, tworzonej na prostych, analogowych syntezatorach. W końcówce utworu do samotnie pukającego Bass Drum dołącza hi-hat, lecz ... part 3 nagle się kończy. Generalnie może nieco zbyt monotonnie, aczkolwiek całkiem miło.

Czwarta część odsłony "Book of Sky" zaczyna się syntetycznym brzmieniem, które przywodzi mi nieco na myśl poddaną obróbce elektronicznej próbkę instrumentu, w języku anglosaskim określanego jako Bagpipes ;) Tak odmienny charakter początku tego utworu zapowiada zmiany w charakterze dalszej części albumu. Zobaczymy - a raczej posłuchamy. Cóż... jednak nadal mamy starego, dobrego Klausa Schulze :) A może raczej TD? Początek był jednak chyba celową zmyłką :) Po chwili samotnego "pukania stopy" na tle basu, wchodzi pełna sekcja perkusyjna, smyczki, przeszkadzajki i majorowy motyw muzyczny. Jakiś ledwie słyszalny chórek w tle, tłamszony jednak przez przebijające się, oparte o sinusoidalne przebiegi brzmienia basów. I znowu powracający kontrapunkt. Zakończenie jest całkiem miłe - gdzieś tam "jęczy" chórek i powoli gasnące, przewalające się sekwencje "przeszkadzajek".

Minęliśmy półmetek, czas zatem na Part 5. O ile utwór nr 3 zaczął się od brzmienia fortepianu, tym razem mamy gitarę akustyczną. Trwa to jednak tylko moment, szybko wchodzą pulsujące basy przypominające Korga Polysix, tudzież podobne instrumenty analogowe przełomu lat 70/80. Póki co utwór ten podoba mi się najbardziej - transowe pulsowanie całej sekwencji jest monotonne, ale jakże miłe dla ucha człowieka lubującego się w "klasycznej elektronice" :) W tle płyną kolejne przebiegi basowe, których rezonans stopniowo wzrasta. Mimo pozornej monotonii jest naprawdę ciekawie! W końcu wchodzi sekcja perkusyjna w stylu Rolanda TR-626 i robi się jeszcze ciekawiej. Zdecydowanie jak na razie najlepszy utwór - także najbardziej dopracowany jeśli chodzi o stronę aranżacyjną.

No i mamy part nr 6... Ponownie wita nas fortepian akustyczny. Można się nieco przyczepić do jakości użytych próbek fortepianu, jednak może takie było właśnie zamierzenie twórcy? Tak jak i poprzednio introdukcja nie trwa zbyt długo i po chwili mamy znajome pulsowanie basów. Po dobrej chwili całość przechodzi niemal w rockowe brzmienie, które może przypominać albumy TD z końca lat 90-tych. Owo rockowe brzmienie podkreśla z pewnością charyzma przesterowanej gitary i solówki odgrywane w górnych rejestrach przy użyciu syntezatorowych barw, posiadających gęstą fakturę. Szkoda jedynie, że solówki te trwają tak krótko... Następnie całość nieco zwalnia i w pewnym momencie ogranicza się do samych smyczków, po czym powoli zaczyna się rozwijać w coraz bardziej złożone harmonicznie pulsowanie. Trochę szkoda, bo jest to już... koniec utworu.

Pora na przedostatnią część albumu, czyli part siódmy. Tym razem miast brzmień akustycznych wita nas miarowe "tykanie" basu. Po chwili dochodzą stringi, których wybrzmiewanie nawiązuje do jednej z poprzednich części "Book of Sky". Po pewnym czasie wchodzi sekcja perkusyjna, jednakże tym razem jest ona nieco bardziej agresywna, typowo rockowa. Znów jakby powiało Detlef'em Keller'em. "Stojące smyczki" na tle "cykania" sekcji basowej i płynący powoli motyw, który jest jednak tylko tłem.

Cóż... Pora na ostatni utwór. Nawiązuję on do utworu rozpoczynającego album, brzmienie jest symfoniczne, chociaż aranżacja nie jest zbyt bogata. Na tle stringów, fletów, mamy nawet trąbki. Całość nagle się urywa i przechodzi w dość smutny motyw odgrywany przez smyczki. Trwa to tylko chwilę, bowiem za moment pojawia się cała orkiestra, lecz... wszystko się kończy, trochę zbyt szybko i zbyt gwałtownie.

Czas zatem na podsumowanie. "Book of Sky" z pewnością jest płytą wartą przesłuchania i jest to najlepsze jak dotąd dzieło Bookovsky'ego. Myślę, że album ten dość dobrze podsumowuję całą twórczość tego artysty, doszukać się można też pewnego przesłania. Moim zdaniem Bookovsky podąży teraz w kierunku brzmień symfonicznych i następny album będzie raczej już quasi - symfoniką, niż nawiązaniem do elektroniki klasycznej. Może się jednak mylę? Cóż, czas pokaże...

Paweł Starczewski

20.12.2006

MIDIMANIA

 

 

 

 

Geiger Box - Humanity [2003]

Recenzja napisana przez organizatora imprez “Electrostrefa”

 

Geiger Box to zespół założony w 1994 roku. Obecnie grupę tworzą: Bookovky i Foltman. Dopiero jednak w 2003 r. ukazała się oficjalnie ich płyta „Humanity”. Po roku od wydania i przesłuchania ponownie do niej powróciłem, żeby przekonać się co jest warta po upływie ostatniego roku.

To naprawdę przyjemne, kiedy słucha się ciekawie zaaranżowanej i wykonanej muzyki z gatunku szeroko pojętego electro i okazuje się, że jest to polskie dokonanie, a w dodatku krakowskie ? Z pewnością nie jest to płyta łatwa, lekka i przyjemna. Adresowana jest do wysublimowanego odbiorcy lubiącego przede wszystkim dokonania Kraftwek, Diary of Dreams czy Diorama (o czym świadczą choćby wyrazy szacunku złożone w booklecie do płyty oraz interesująca okładka płyty). Płyta naszpikowana jest elektronicznymi melodiami i motywami często kojarzącymi się z Kraftwerk. Do tego dochodzi wielokrotnie dark wave-owy klimat nostalgii i melancholii. Osobiście na Elektrostrefie puszczam „Machine Rhythm” i „Civilization”, ale utworów zasługujących na uwagę i uznanie jest znacznie więcej. Podkreślić należy, że poszczególne utwory tworzą interesującą całość, w której znajdziemy pewien pomysł i sens. Interesujące jest, że Geiger Box jest już dość znany poza granicami kraju, np. utwory z „Humanity” są grane w greckich klubach.

Zauważyć również trzeba niemal nienagannie dobrane brzmienie, a jedynym minusem płyty jest jakość nagranych partii wokalnych. Nie wiem czy taki był zamysł (jeśli tak to według mnie błąd), czy miał on przypominać nieco Hates’a z Diary of Dreams czy Veljanowa z Deine Lakaien, ale wokal bardziej przypomina death’owe wykonanie. Z tego powodu, przyznałbym tej naprawdę niezłej płycie 8-8,5 punkta na 10.

Theremin

(elektrostrefa 6.11.2004)

 

 

 

 

Geiger Box - Humanity (2003)

Recenzja największego polskiego magazynu synth-pop „ELECTR-ON” (i właśnie pod kątem synth-popowym płyta została opisana i oceniona).

Ocena: 6/10

Geiger Box to polski projekt znany już zapewne wielu z internetowych promocji - powstał już dość dawno bo w 1994 roku założony przez muzyka noszącego się pseudonimem Bookovsky - pod nim również ów muzyk tworzy.  Oprócz Bookovski'ego (muzyka, tekst, wokal) Geiger Box zasila obecnie niejaki Foltman. Grupa zaistniała już kiedyś publicznie między innymi na składakach "Songs of hate and devotion" (2000r) i słynnym ponoć "Mode In Poland". Coś więcej (?), pewnie będzie w przyszłości bo na razie zameldowała się ze swoim pierwszym, w pełni profesjonalnie zgranym albumem "Humanity". Można by o samym krążku napisać -> "Polski Kraftwerk", jednak oprócz totalnego naśladownictwa wspomnianych guru muzyki elektronicznej muzycy wykazują też pociąg do innych gatunków, które bądź co bądź w początku lat osiemdziesiątych posiadają swoje korzenie. Bałem się iż album pociągnie jedną kraftwerkowa nuta, iż stanie się nudny w połowie i nic specjalnym mnie nie zaskoczy. No cóż miło się zaskoczyłem, po 3, no może 4 pierwszych trakach - zdecydowanie nawiązujących do niemieckich korzeni electro, album zaczął powoli ewoluować w stronę nowszych, bardziej zróżnicowanych gatunków. Zdaje się, słychac tojuż w szóstym, przyznam iż bardzo ciekawym 'I Have To Know' - nie stroniącym od elektronicznych ciemności i tajemniczych, ambientowych otchłani. Nie inaczej też jest w kolejnym 'Our Culture Is Sick', bardziej wykręconym wyszukanymi samplami oraz ósmym na płycie, szybkim, soczyście syntetycznym 'Stimulant Industrial Love'. Tytułowy 'Humanity' przypomina mi trochę electro produkcje ukazujące się w większości na płytkach winylowych - lekko wpadające w twórczość (starego) Anthony Rother'a czy też projektu Adult, jednak to co w 'Humanity' i wielu nagraniach na albumie sam osobiście gdzieś już słyszałem, to już ktoś przetestował, stworzył i niektórzy mogą powiedzieć nawet iż Geiger Box dość smętnie "sparodiował" elektroniczną muzykę z którą najlepiej radzili sobie i radzą nadal nasi sąsiedzi za zachodnią granica (choć nie tylko). Sam wyczuwam jedną i największa wadę albumu "Huamanity", a mianowicie jest nią dość sucha-płaska  produkcja. Niestety nie da się ukryć kilku błędów, polskiej amatorki jednak nie wynikającej być może z uprawnień, zdolności i chęci muzyków, a z braku dojścia do w pełni  profesjonalnego studia, doświadczonego producenta, który zapewne co nieco doradziłby, wspomógł i poprawił. Naturalnie wyróżniam grupę za odwagę, nie ustępliwość w dążeniu do celu jakim było nagranie  i wydanie płyty - nie ma na niej żadnych wynalazków, pamiętliwych motywów do których i o których można by mówić dniami i nocami - wśród kilku wyróżniających się nagrań wymienić, odsłuchać na pewno warto  'Death And Dark', 'I Have To Know', 'Stimulant Industrial Love' i 'Civilization'. Polecam wszystkim zasłuchanym w 'kraftwerkowych' brzmieniach i szukającym polskiej elektroniki na dość przyzwoitym poziomie, a samej grupie życzę wytrwałości w dążeniu do celu!

Fiołek, 29.09.2003

 

 

 

 

Geiger Box - Humanity (2003)

Recenzja najlepszego polskiego magazynu 'ciężko-elektronicznego' ;) "POSTINDUSTRY".

Ocena: 4,5 na 5.

 

Wydawać by się mogło, że z całą naszą kulturą jest coraz gorzej. Że muzyka polska się nie rozwija, że byliśmy, jesteśmy, będziemy prowincjonalnym krajem z prowincjonalną rozrywką. Że jesteśmy do tyłu o kilka lat świetlnych za Europą czy Ameryką. Że rządzi u nas tandeta, prostota, kicz i manieczki. Że dresiarski, świecący złotem hiphop, podrasowane disco polo, komercyjny badziew to cały arsenał naszej kultury rozrywkowej. I tak patrząc na ten burdel z zewnątrz, to tak jest w istocie!

 

Na szczęście działa u nas trochę ludzi ambitniejszych, gdzieś tam w głębokim undergroundzie, którzy tworzą muzykę może nie przyszłościową, ale przynajmniej w tym momencie na wysokim europejskim poziomie. Do tego urozmaiconą, pełną pasji, zaangażowania i inwencji. Co chyba przyznacie jest coraz rzadsze u naszych "artystów". I oczywiście można by się spierać czy to jest współczesne, nowoczesne, progresywne czy można to eksportować w daleki świat. Ale przecież umówmy się, to są akademickie dyskusje, nic warte docinki zmurszałych redaktorów, wiecznych kontestatorów, "podziemnych" dziennikarzy, które tak naprawdę mało kogo obchodzą. Ludzie chcą słuchać muzyki, ją pochłaniać i nią się podniecać. A już na pewno nie myśląc przy tym czy to jest na topie czy akurat jest już beatyfikowany supertrendy megacool hipernowy gatunek.

 

Odrywając całą tę otoczkę i wymóg bycia niepowtarzalnymi, Geiger Box stworzył płytę naprawdę interesującą. Bookovsky pokazał, że można wydać w Polsce materiał, który powinien się spodobać nie tylko Polakom. Niewątpliwie czerpie(ą) garściami z dokonań Kraftwerku, wokalnie próbują zastąpić frontmana Diary of Dreams, a kompozycyjnie tkwią wciąż w latach 80-tych. Spokojnie można by się również czepić realizacji i produkcji. Ale nie narzekajmy, to naprawdę ciekawa płyta, warta swojej uwagi i miejsca, nawet jeśli nie wnosi nic nowego w muzykę elektroniczną. Goś(ć)ie potrafią zrobić klimat. I to mi wystarcza.

 

PS. Ale jako, że Warszawa rządzi szołbiznesem, mediami i fonografią to nie wróżę im zawrotnych sukcesów nad Wisłą.

2.PS. Pół gwiazdki więcej za debiut.

3.PS. Nie wiem w końcu ile osób tworzy Geiger Box

-- r@ [20 października 2003]

 

 

 

 

Geiger Box - Humanity (2003)

Recenzja magazynu kultury alternatywnej „Najtvolk”.

 

Płytę Geiger Box dostałem niedawno od Michała, który jest obecnie jedynym człowiekiem tworzącym pod tym szyldem. Podczas ciekawej konwersacji w krakowskim klubie „Re”, sam zainteresowany zareklamował mi swój produkt jako wypadkową Kraftwerk i Diary of Dreams, z wpływami sceny dark electro. Przyznam szczerze, iż w tym momencie naprawdę miałem ochotę posłuchać jego muzyki. Chociaż nie jestem zwolennikiem Kraftwerka, a już na pewno nie lubię Diary..., to jednak nazajutrz z przyjemnością wrzuciłem „Humanity” do odtwarzacza.

 

I jakie były moje wrażenia? Hm, z muzyką stricte electro, trans czy space mam niewiele wspólnego, więc stanąłem przed nie lada wyzwaniem. Na tle słuchanych przeze mnie płyt, Geiger Box okazało się totalną egzotyką. :-) Z drugiej strony umożliwiło mi to odbiór całkowicie wolny od jakichkolwiek skojarzeń czy uprzedzeń.

 

„Humanity” jednoznacznie przywodzi na myśl komputery, cyber przestrzeń, otchłań kosmiczną... Taka muzyka pasuje do wirtualnego świata nowoczesnych technologii. Dla mnie jest czymś innym, nie odkrytym lądem, zapomnianą i nieodgadnioną krainą smutku, pełną maszyn i pozbawionych uczuć, chłodnych spojrzeń androidów. Syntetyczne dźwięki Bookovskiego są dostatecznie intrygujące, aby zainteresować nimi polską publikę. Koniecznie trzeba w nie jednak „zainwestować”, bowiem produkcja albumu pozostawia niestety wiele do życzenia.

 

Michał robi muzykę, która wymyka się definicjom. Jestem pewien, że Geiger Box znajdzie odbiorców głównie w Europie Zachodniej, a może nawet dalej, poza naszym kontynentem...

Laurel

26 października 2003 

 

 

 

 

BOOKOVSKY - "ANALOGy" (2001/2002)

Po dłuższej przerwie daje znać o sobie jeden z bardziej obiecujących polskich el-twórców (poprzednia płyta Michała Bukowskiego "Sen paranoika" choć wydana jako CD-R w 2000r. zawierała materiał z 1996r). Tym razem do rąk słuchaczy trafia krążek wydany przez niezależną wytwórnię R & R Records.
Na płytce znajduje się niewiele kompozycji. Większość czasu wypełnia, podzielony na dwie części, utwór tytułowy. Rozpoczyna się dynamicznie i jest tak prawie bez przerwy aż do końca. Gwałtowne i intrygujące zmiany nastroju poprzez umiejętne operowanie rytmem i dźwiękami wypełniającymi tło może zaskoczyć i... łatwo wciągnąć. Uważny słuchacz wyłowi z tego nagromadzenia brzmień echa przeszłości gustownie wplecione w rytmiczny współczesny wzór. Nie wszystkim może się wprawdzie podobać pewna monotonia wyłaniająca się co rusz z tej "koronki" sztucznych dźwięków. Jest jednak szybko gaszona przez kolejną zmianę "ściegu". Można powiedzieć, że kolejne spotkania z tym krążkiem "produkują" niejako nowe wrażenia. Nagranie bonusowe (ostatnie) to produkcja niejakiego Vavrzona z SOYT!NBG (projekt z którym artysta ma wiele wspólnego). Utwór ten jest według mnie raczej niepotrzebnym "wypełniaczem". Wprawdzie barwi przestrzeń ciekawymi klimatami, ale zbyt odstaje nastrojem zbudowanym przez poprzedzające go kompozycje. Na szczęście jest stosunkowo krótki przez co nie psuje obrazu całości.
Jak można podsumować? No cóż, klasyfikacja raczej niepożądana, bo choć budowane klimaty wyraźnie nawiązują do berliner schule, artysta wnosi wiele własnych pomysłów i zaskakującej dynamiki. Odbiega znacznie od przyjętych schematów a jednocześnie nie traci ducha klasycznej muzyki elektronicznej (może dlatego "nowa elektronika" jest taka płytka, bo tego ducha nie posiada?). Jak sam określa jego twórczość to trans berliński. Coś w tym jest.

El-Skwarka, wrażenia spisane w styczniu 2002r.)


Text ze strony El-Skwarki: http://www.nets.pl/~skwar709/book.htm#book

 

 

 

 

BOOKOVSKY

"Sen paranoika" (2000)

Chyba niedługo stanie się to regułą, że dokonania polskich artystów (szczególnie tych mniej znanych) z kręgu el-muzyki nie będą dostępne w żaden inny sposób jak bezpośrednio od twórcy w postaci płyty CD-R. Niechęć wydawców do tego typu twórczości jest permanentna. Nie będę jednak rozwodził się w tym miejscu nad tym problemem. Ważne jest, że coraz więcej artystów bierze sprawy w swoje ręce i dzięki temu słuchacze mogą poznać nowe zestawienia el-dźwięków (wbrew pozorom wcale nie takie błahe) "made in Poland".
Do artystów, którzy zastosowali w życiu słowa piosenki W. Młynarskiego "Róbmy swoje", dołączył ostatnio krakowski kompozytor, ukrywający się pod pseudonimem Bookovsky. Uważni słuchacze zapewne pamiętają jego debiutancką kasetę wydaną przez Digiton. Osobiście nie miałem z tym wydawnictwem nawet pobieżnej styczności, więc do słuchania "Snu paranoika" przystępowałem całkiem "nieokrzesany".
Materiał zgromadzony na płytce nie jest młody. Kompozycje powstały już w 1996 roku, ale opisane wyżej "kłopoty wydawnicze" zrobiły swoje. Bardzo dobrze się stało, że w ogóle krążek trafił do wprawdzie wąskiego, ale zawsze, grona odbiorców. Na płytce spotkamy podzieloną na dwie części (a te na mniejsze kawałki) suitę "Sen paranoika" i mały bonus w postaci "ANALOGy - preview" (zapowiedź kolejnej płyty). Prawie wszystkie kompozycje są dynamiczne, utrzymane głównie w stylu tzw. szkoły berlińskiej. Brzmienia jakie płyną z głośników kojarzą się jednoznacznie (nie będę przytaczał konkretnych wykonawców). Mimo jawnych odwołań i inspiracji kompozycje Bookovsky'ego nie są bezmyślną kopią. Jest to raczej przemyślany artystyczny zabieg z wieloma własnymi pomysłami. Dzięki temu powstaje coś, co niby już skądś znamy, ale jakieś inne - o wiele świeższe. Jakby nagle zupełnie niespodziewanie pojawiła się zaskakująca kontynuacja. Czy takie postępowanie jest słuszne? Moim zdaniem nawet pożądane. Niezbyt bliskie naśladownictwo połączone z brawurowym wykonaniem i krztyną duszy kompozytora przynosi intrygujące efekty. Praca pana Michała, prawdę mówiąc, mile mnie zaskoczyła.
Ogólny obraz nie jest jednak zbyt doskonały (dość denerwujący dysonans wprowadza ostatnia część pn. "Epilog", przynajmniej dla mnie), a dodany na końcu bonus przybłąkał się chyba z "innej parafii". [Hehe, a sam przed chwilą pisał, że to zapowiedź następnego albumu i teraz się dziwi!! ;) - przyp. MB] No cóż, nie wszystko można mieć za jednym razem, a niedoskonałości można zawsze wyeliminować w przyszłości. Oby tylko taka nadeszła, bo początek jest bardzo obiecujący. Płytka jest niestety nieosiągalna w żadnym sklepie muzycznym (czy też innym). Bliżej zainteresowani mogą wysłać e-mail pod adres hprg@friko.onet.pl wraz ze swoim adresem pocztowym. Tym samym złożą zamówienie. Cena wydawnictwa może być zaskakująca (27,00 wraz z przesyłką). Jeśli tylko ktoś lubi opisane wyżej klimaty, nie będzie żałował.

El-Skwarka (wrażenia spisane w marcu 2000r.)

(Ten sam autor napisał recenzję inkryminowanego albumu do miesięcznika „Estrada i Studio”).

Text ze strony El-Skwarki: http://www.nets.pl/~skwar709/book.htm#book

 

 

 

 

BOOKOVSKY
"UKŁAD SŁONECZNY - NASZYJNIK BOGA" (1996)


Kasetę BOOKOVSKY'ego nabyłem już jakiś czas temu. Muszę przyznać, iż po pewnym czasie doszedłem do wniosku, iż jest to jedna z lepszych pozycji, jakie posiadam w swoich zbiorach.

Jaka to muzyka? Przede wszystkim trzeba powiedzieć, że mamy tu do czynienia ze szkołą berlińską. Styl ów nie jest odtworzony przez autora tak wiernie, jak na przykład w przypadku Daniela Blooma, lecz wyraźnie słychać wpływy klasycznego rocka elektronicznego. Ogólnie rzecz biorąc muzyka BOOKOVSKY'ego kojarzy mi się z dokonaniami Roberta Schroedera. (Coś typu "Computer voice" lub "Time waves"). Właściwie, to może i lepiej, że facet nie naśladuje bezmyślnie Tangerine Dream, czy też Klausa Schulze, a próbuje dodać do stylu coś nowego, choć zdaję sobie sprawę, iż nie każdy musi się zgodzić z tą opinią. No ale nic... Przejdźmy może do konkretów.

Utwór pierwszy ("Słońce - Diament") jest bardzo transowy. Nie ma tu ostrych brzmień, całość ma... jakby to opisać... pastelowe barwy. Perkusja nie jest zbyt nachalna i nieźle pasuje do reszty. Jest to jeden z najdłuższych kawałków albumu - trwa 7:05 minut. Może budzić skojarzenia z "Syriuszem B" Delivera. Utwór drugi ("Merkury - Agat") praktycznie prawie nie ma perkusji. Rytmika opiera się raczej na basie. Znowu mamy niezgorszy trans. Swego czasu przypominał mi trochę muzykę Software'u, z tym, że zamiast saksofonu pogrywa tutaj trąbka a'la Miles Davis. Tylko proszę się nie sugerować: ta muzyczka nie ma z jazzem nic wspólnego. Na szczęście. Utwór trzeci ("Wenus - Topaz") składa się jakby z dwóch części. Pierwsza obdarzona jest szczątkową perkusją i bardzo transowym charakterem. Trochę improwizacji na dość ostrych brzmieniach. Bardzo "berlińska". Część druga - moim zdaniem - nieco gorsza. Kompozycja, co prawda, ta sama, lecz pojawia się zbyt nowocześnie brzmiąca perkusja. Utwór czwarty ("Ziemia - Szafir") jest mniej "kosmiczny" od poprzednich. Pojawiają się jakieś elementy etnicznych bębnów, jakiś brass section tudzież niezła solówa w stylu Bilińskiego. Niby dobry, ale trochę za bardzo rozrywkowy, jak dla mnie. Choć z drugiej strony, może właśnie o to autorowi chodziło: oddać klimat planety Ziemia? Utwór piąty ("Mars - Rubin"). Nie tak dobry, jak pozostałe. Znowu perkusja, znowu trochę zbyt duża "rozrywkowość". Niby klasyczna kompozycja, oparta na jednej nucie, ale ta aranżacja... W każdym razie da się słuchać. Utwór szósty ("Jowisz - Ametyst") również składa się właściwie z dwóch części: wolnej i nastrojowej oraz drugiej: szybkiej i ostrzejszej. W zasadzie ma te same zalety i wady, co kawałek poprzedni.

Przejdźmy teraz do strony B. Utwór pierwszy ("Saturn - Granat") jest chyba jednym z najlepszych. Jest to "mikrosuita" (7:33). Słychać tu dosyć analogowe brzmienia, zero perkusji: rytmika znowu opiera się na basie. Bardzo transowy. Przypomina mi nieco Klausa Schulze. Na tle sekwencerowych podkładów leci tu sobie całkiem fajna improwizacja. To był opis pierwszej części "Saturna". Część druga oparta jest na tym samym schemacie, lecz dochodzi tu perkusja (znów zbyt rozrywkowa, jak dla mnie) i parę nowych motywów muzycznych. Część trzecia - ten sam podkład, ale jeszcze inne motywy. Mimo paru zastrzeżeń, stwierdzam, iż całość wypada bardzo dobrze. Utwór drugi ("Uran - Malachit"). Dosyć transowy, ale dla mnie - starego ortodoksa - zbyt nowocześnie zaaranżowany. Znów skojarzenia ze Schroederem. Utwór trzeci ("Neptun - Turmalin") to jest to, co lubię. Bardzo przypomina stary, dobry Tangerine. Parę cichutkich instrumentów perkusyjnych, charakterystyczne tangerine'owskie fleciki, sporo improwizacji, fajny bas...
Trans, trans, trans... Jeden z najlepszych kawałków albumu. Utwór czwarty ("Pluton - Chryzolit"): jak zwykle dopieprzam się do aranżacji. Za bardzo czuć tu elektroniką "środka". Początkowy instrument prowadzący nie najszczęśliwiej chyba dobrany. Potem są niezgorsze improwizacje. Spokojnie da się słuchać. Utwór piąty ("Faeton - Szmaragd") to coś, jakby bonus track. Dlaczego? Bo takiej planety nie ma w naszym układzie. Ale istnieje teoria, iż kiedyś była. Niezły pomysł w każdym razie. Lecz przejdźmy do muzyki. Dobry wstęp, mający nastrój tajemniczości. Słychać jakieś głosy... Może to mieszkańcy Faetona? Część pierwsza kawałka jest bardzo dobra. Klasyczna kompozycja, rozsądna perkusja i klimat rodem z Dalekiego Wschodu. Fajne, trochę psychodeliczne improwizacje. Część druga... Co do kompozycji, to jest OK. Bardzo mi się podoba. Aranżację znowu pozwolę sobie zganić. Ogólnie jest to utwór jeden z lepszych.

Generalnie wśród takich twórców, jak Bloom, Key Follow, Kubiak, czy Deliver, BOOKOVSKY wypada nienajgorzej, choć mogło by być lepiej... Jeśli dalej artysta ów będzie szedł w kierunku klasycznego el - rocka, to z przyjemnością zakupię jego następną kasetę. Co i Wam polecam.

© 1997 by YAQP

Text ze strony MUZIKON: http://republika.pl/muzikon/musica/bookovsky.htm